O tym, jak zajmowałam się siostrzeńcem

Jakieś pół roku temu moja siostra stręczycielka poprosiła mnie, abym pod jej nieobecność zaopiekowała się jej dzieckiem, dla którego jestem ciocią, a który dla mnie jest siostrzeńcem.

 

Bardzo mi zależało na tym, aby wypaść wzorowo w roli cioci i wykorzystując najlepsze cechy swojej neurotycznej osobowości zapewnić mu dobrą i serdeczną opiekę w nauce i zabawie.

 

Tak jak przypuszczaliśmy większość danego nam czasu po prostu przespał, co nie znaczy, że miałam wtedy czas dla siebie, ponieważ średnio co 3 minuty sprawdzałam czy wszystko jest w porządku i czy oddycha (możemy to sprawdzić przykładając do ust dziecka lusterko, kartkę papieru lub piórko).

 

Innym powodem do ciągłego niepokoju był fakt, że nigdy wcześniej nie zmieniałam pieluchy…

 

Zrobienie kupy to jak na razie jedyny obowiązek jaki widnieje w jego grafiku i jak pokazuje życie nawet z tym nie zawsze się wyrabia (poprzedniego dnia nie wyrobił się), tak więc realna groźba, że nastąpi to akurat tego dnia zatruwała mi chwile szczęścia wisząc nade mną niczym miecz Damoklesa.

 

Ażeby mnie przed tym uchronić, moja siostra z samego rana uraczyła bobasa gruszkami ze słoiczka, które miały zaingerować w naturalny porządek rzeczy i przyspieszyć bieg wydarzeń, jednak tak się nie stało, oczekiwana przesyłka miała więc być podwójna i płynna.

 

Kiedy się przebudził po popołudniowej drzemce, oglądaliśmy razem filmiki na you tube. 

 

Na chwilę obecną mój siostrzeniec jest jedynym mężczyzną w moim życiu, któremu pozwoliłam zagarnąć tak dużo z mojego pilnie strzeżonego „my space”.

Dlatego na mojej playliście na you tube widnieją takie pozycje jak:

 

– traktor przewożący kamień

– pożar lawety Piórków 12.12.12.

– Świnka Pepa

– Ciekawski George

– Pies Marta

 

Dodatkowo obejrzeliśmy już chyba wszystkie filmiki ze strażą pożarną, śmieciarką, betoniarką, walcem, koparką, kiprem, wywrotką i pługopiaskarką.

 

Poza tym, nigdy bym nie pomyślała, że token do banku doskonale sprawdzi się również jako gryzak…

Nie przeszkadza mi wcale, że wyjada moje jogurty, bo przecież dziecko ciągle rośnie i potrzebuje wapnia.Kiedyś kupiłam sobie piękne, laminowane karty z mądrymi sentencjami, żeby je sobie powtarzać w czasie medytacji, niedługo potem zauważam, że ktoś zatopił w nich swoje ząbki, a jeśli ząbki ma się cztery w rozstawie dwa na górze, dwa na dole, nietrudno wskazać sprawcę. W kącie pokoju znajduję stosik swoich ołówków…połamanych na pół…

Biorę swoje pędzle do makijażu i widzę, że są wyciapane jakimś granatowym cieniem z dodatkiem brokatu, zresztą za upaćkane pędzle mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo sama mu je pokazałam, uczyłam go jak je odróżniać i którym się nakłada puder, a którym róż, a potem ćwiczyliśmy robienie makijażu na lalce Zuzi, co wcale nie było łatwe, bo Zuzia ma opadającą powiekę, a jak wiadomo umalowanie opadającej powieki wymaga szczególnych umiejętności.

 

Niestety przyłapał nas na tym jego tata i się wściekł, po czym w trybie natychmiastowym wprowadził embargo na:

– nauki makijażu

– przymierzanie moich pierścionków

– oglądanie bajek z Barbie i różowymi konikami pony

– pokazywanie mu mojego kota Dzidka do czasu kiedy będzie pełnoletni i będzie w stanie to zrozumieć albo przynajmniej postara się zrozumieć

– czytanie mu bajek z epoki wiktoriańskiej („Piotruś Rozczochraniec” Heinricha Hoffmanna)np. o Juleczku, któremu mama zabroniła ssać palec, a kiedy wyszła po ciasteczka, on wbrew zakazowi:”myk do buzi duży palec!

Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera

Wpada krawiec jak pantera,

nożycami w lewo, w prawo

 

Uciął palec jeden, drugi,

 

Aż krew poszła we dwie strugi.”

 

albo o Michałku, który nie chciał jeść zupy:

 

„W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,

 

W piątym coś w piersiach i gardle dusi,

 

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi.

Tak też z Michasiem: był zdrów i tłusty,

Pięć dni grymasił, umarł na szósty.”

Tak więc tego dnia mieliśmy już troszkę okrojone opcje, ale i tak daliśmy sobie świetnie radę i bawiliśmy się wyśmienicie do momentu, w którym poczułam unoszący się w powietrzu specyficzny swąd. Słowo stało się ciałem.

 

Tak jak suseł wyczuwający zbliżające się niebezpieczeństwo zamarłam w pozycji wyprostowanej – stanęłam tzw. „słupkiem” i w momencie wiedziałam, że (tak jak z psami) przede wszystkim nie mogę okazywać strachu, dodatkowo uruchomił się we mnie jakiś inny behawior obronny, bo moje receptory przestały cokolwiek rejestrować, nic nie czułam, nic nie słyszałam, kontury rozmyły się, a ja powoli i automatycznie wykonywałam serię ruchów…

 

Tak jakby z oddali słyszałam tylko swój głos, który starał się zająć jego uwagę i komentował coś, co akurat leciało w telewizji, żeby nie wymachiwał w powietrzu rączkami i nie zbliżał ich do strefy Ground Zero.

 

253 nawilżone chusteczki później stwierdziłam, że nie ma szans, żebyśmy obeszli się bez szlauchu, dlatego zaniosłam go do wanny ciągle mu coś opowiadając i próbując go uspokoić, żeby tylko nie wpadł w panikę i nie zaczął płakać i wrzaskać, bo wtedy ja najprawdopodobniej zrobiłabym to samo.

 

Potem siostra pytała się: „jak było? Nic? Musiałaś przecież coś widzieć, czuć. Nie wymagam zbyt wiele: kolor i konsystencja, tylko to mnie interesuje. Nie mogłaś przecież nie zauważyć…Przypomnij sobie…”.

 

I wtedy jak przez mgłę zaczęły powracać do mnie te wszystkie obrazy i „owszem” – powiedziałam, „widziałam zieleń, widziałam brąz, widziałam nawet złoto”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *