Moskitiera, pożoga, wrzód

Drogi psotny wietrze,

 

Koleżanka mojego faceta zadzwoniła do niego i poprosiła  o pomoc w zainstalowaniu moskitiery w jej mieszkaniu. Sama nie wiem co o tym sądzić. Ufam mu i wierzę, że chodzi tylko i wyłącznie o moskitierę, z drugiej strony nie ukrywam, że ziarenko niepokoju zostało zasiane.

Czy nie za wcześnie na jakiekolwiek podejrzenia?

Czy może na wieść o tej moskitierze powinnam dostać szału?

Marzena

 

 

Droga Marzeno,

moskitiera, świerszcze, zakamarki alkowy…nie da się ukryć, iż jest w tym wszystkim jakiś  element erotycznego napięcia. Jednak daleka jestem od udzielania Ci jakichkolwiek rad, gdyż każdy mężczyzna jest w gruncie rzeczy inny oraz jak pisał Tołstoj „Każda rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób”.  Nikt nie da ci pewności, że ta czy następna „moskitiera” nie okaże się iskrą zapalną wywołującą jakąś pożogę (to tylko przenośnia poetycka) posłużmy się nią jednak dla zobrazowania kilku wstępnych tez.

 

Cóż możesz zrobić w takiej sytuacji? Przepytać i od razu przeciąć bolesny wrzód!- podpowie z pewnością niejedna z Was Drogie Czytelniczki i Czytelnicy.  Sęk w tym, że przepytywanie w każdym z nas budzi delikatny niesmak. Istnieją realne szanse, że słysząc twoje pytania:

a) obróci je w żart

b)zlekceważy nazywając cię „histeryczką”, która ze wszystkiego robi problem

c) zareaguje jawną wrogością

d) spłoszy się niczym rącza gazela

 

 

Ponadto, jeśli jest to wrażliwy mężczyzna o bogatym życiu wewnętrznym, sam z pewnością czuje się w tej całej sytuacji bardzo zagubiony, o czym świadczy np. jego rozkojarzenie..nagle nie zauważa naszej nowej bluzki, z dnia na dzień przestaje się nam narzucać ze swoją życzliwością, wreszcie: choć ciałem zdaje się być ciągle przed komputerem (you tube: „zderzenie motocyklisty z łosiem”) myślami jest  zupełnie gdzie indziej…

I choć nie wolno nam lekceważyć owych sygnałów („Kiedy ruszają się drzewa, wiedz, że wróg się zbliża” Sun Zi „Sztuka wojny”) zadawanie mu pytań to nie najlepszy pomysł, gdyż będąc w tym stanie wewnętrznego rozedrgania sam z pewnością nie potrafi sobie jeszcze na nie odpowiedzieć.

 

Inna taktyka, którą możemy wykorzystać (nie tracąc przy tym nic z naszego moralnego autorytetu) to znana wszystkim szpiegom próba wydobycia informacji przy wcześniejszym uśpieniu czujności indagowanego.

Załóżmy, że nasz partner ni z tego, ni z owego obwieszcza, iż w najbliższy weekend wybiera się na 10milowy kłus za miastem („ja i kilka osób z marketingu”, „będziesz się tylko nudzić”).

W tym momencie przechodzimy na tzw. powściąg: nie przepytujemy, nie dociekamy, ufnie kiwając głowami dorzucamy zdawkowo: „pamiętaj tylko, żebyś uważał na swój nadwyrężony nadgarstek!”.

Tydzień później ni z tego, ni z owego obwieszcza, iż w najbliższy weekend wybiera się  na artystyczny plener w Borach Tucholskich („ja i klika osób z marketingu”, „będziesz się tylko nudzić”).

W tym momencie przechodzimy na tzw. powściąg: nie przepytujemy, nie dociekamy, ufnie kiwając głowami dorzucamy zdawkowo:” ależ oczywiście kochanie, przecież zawsze chciałeś spróbować swoich sił w akwarelach”.

Na obrzeżach jego świadomości zaczynamy wówczas funkcjonować jako osoba bezkonfliktowa, wyrozumiała, bardzo życzliwa i pełna ciepła.

Nasza pogodna akceptacja z czasem pozwala mu się otworzyć i rzucać niezobowiązujące komentarze w stylu:

„…a wiesz, wczoraj bite 2 godziny pomagałem Agnieszce naprawić samochód. Uszczelka pod głowicą nie nadawała się do niczego”

albo

„Wyskoczyłem wczoraj na lunch z Agnieszką, opowiadała, że Indianie Hopi bardzo praktycznie podchodzili do konia, a mianowicie z jego włosia wyrabiali sobie siodła. Wiedziałaś o tym?”.

 

 

Jest jeszcze trzecia linia postępowania, którą możemy obrać, a mianowicie w myśl zasady „Ominie cię licho, gdy siedzisz cicho” oszukujemy same siebie i udajemy, że nic się nie dzieje. Nie przepytujemy, nie dociekamy, ufni w wierność partnera trwamy w pokorze przez wiele lat, nie dopuszczając do siebie pewnych złowieszczych faktów.

Niestety, jak narazie nie ma empirycznych dowodów na to, że problem o którym się nie mówi, znika. Wprost przeciwnie:z biegiem czasu nabiera on cech charakterystycznych dla toczącej się śnieżnej kuli. Przy odrobinie sprytu i uważnym planowaniu moment skonfrontowania się z nią możemy przesuwać o wiele lat…

 

 

 

 

Pytanie do czytelników:

zaufanie czy/i kontrola?

 

Z cyklu listy do redakcji

Oto, na czym polega mój problem, psotny wietrze:

 

mój mężczyzna usilnie namawia mnie, żebym zapisała się na siłownię, dzięki czemu (jak twierdzi) będę mieć lepsze samopoczucie i „bardziej sprężysty krok” . Tak się akurat składa, że w swoim życiu miałam już krótki epizod z siłownią (pierwszego tygodnia odwiedziłam to miejsce 3 razy, drugiego tygodnia 2 razy, a trzeciego nie poszłam wcale) i z całym przekonaniem mogę stwierdzić, iż był to pomysł chybiony.

 

Do dziś nie potrafię powiedzieć, kto był bardziej zdziwiony tym, że splotły się nasze losy: ja cz obecny tam pan instruktor.

Cierpliwie jednak kreślił jak dotąd niezbadane przeze mnie horyzonty, a ja wręcz spijałam jego słowa wyobrażając sobie jak to będzie, kiedy już uda mi się stworzyć siebie na nowo.

Niestety, mimo jego najlepszych chęci, ćwiczenia okazały się mało zajmujące i już po upływie kwadransa kompletnie nie wiedziałam co dalej, a w moich oczach malowały się tylko dwa pytania: „co robić?jak żyć?”

Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, iż najwyraźniej przytłaczał mnie bezsens moich działań oraz bardzo brakowało mi powietrza w sensie duchowym.

Nie mając więc stuprocentowej pewności czy mój układ nerwowy to wytrzyma, zmuszona byłam zaprzestać dalszych wysiłków i ubiegać się o spieniężenie karnetu (w oparciu o poważne podejrzenie wystąpienia u mnie dusznicy bolesnej).

Przysięgam, iż bardzo bym chciała ćwiczyć razem z innymi i współdzielić przekonanie, że świat do nas należy, ale nic nie poradzę na to, że siłownia wpływa na mnie tak bardzo niekorzystnie.

Ilekroć przekraczam jej próg całą swoją istotą odczuwam obezwładniający wręcz niepokój, co oczywiście nie pozostaje bez echa, gdyż niemal zawsze zmuszona jestem odpowiednio go potem skanalizować np. wylegując się w hamaku (najlepiej gdzieś w okolicach Costa del Sol). Na szczęście już się z tym pogodziłam, w końcu każdy z nas musi dźwigać swój krzyż, prawda?

 

No więc kiedy już w pełni zaakceptowałam ten stan rzeczy mój mężczyzna i jego delikatna sugestia sprawiły, iż odwieczny konflikt (dychotomia duszy i ciała) na nowo podniósł swój ohydny łeb. Tym razem jednak gotowa jestem powiedzieć mu stanowcze „NIE”.

Cieszę się, że on ćwiczy i ma dobrze rozwinięte mięśnie dwu- i trójgłowe, ale na litość boską, nie dajmy się zwariować!

Osobiście głęboko wierzę, iż ktoś, kto akurat nie wyciska 120 na klatę, również ma prawo czuć się całością, nes pa?

Twoja stała czytelniczka

Agnieszka W.

 

 

 

Droga Agnieszko,

 

W zbiorowej wyobraźni siłownia zadomowiła się jako miejsce służące samodoskonaleniu  i kształtowaniu samodyscypliny.

Jednak u Ciebie ten aspekt JA mógł ulec totalnemu wyalienowaniu. Oczywiście istnieją realne szanse, że Twoja wola znajduje się jedynie w stanie uśpienia, co (w zależności od odpowiednich czynników środowiskowych i sytuacyjnych) zawsze może ulec zmianie i okazać się jedynie stanem przejściowym. Nie zasypiaj gruszek w popiele!

Choć świat siłowni może jawić się jako uporządkowany i przewidywalny, dla niektórych z nas jego proste i niezakłócone formy mogą okazać się wręcz zagrażające, co Twój przykład doskonale ilustruje. Nie dajmy się więc zwieść pozorom i pamiętajmy, że siłownia to nie tylko blaski, ale również i cienie.

 

Jeśli chodzi o spełnianie jakichkolwiek wymagań, jeszcze raz napiszę, iż partner nie jest hubą, którą możemy sobie wyhodować na ścianie według własnego widzimisię i najlepiej funkcjonuje się w związku z kimś, kto niczego od nas nie oczekuje.

 

Z pozdrowieniami,

Psotny Wiatr

 

 

p.s. pytanie do czytelników: na ile i czy w ogóle warto zmienić się dla partnera?

 

 

 

 

 

 

 

Ogłoszenie drobne

Pilnie poszukuję opiekunki (z Warszawy lub okolic) dla mojego kota na okres 2 ostatnich tygodni sierpnia.

 

Dzidosław to blisko 2-letni, dropiato-kremowy kot rasy europejskiej.

 

Jednak już na wstępie pragnę zaznaczyć, iż mimo, że posiada on cztery łapy, oczy jak dwa szafiry i cały jest kosmaty, jego podobieństwo do zwykłego kota jest czysto przypadkowe.

Wprost przeciwnie, mimo iż zachował bardzo dużo ze swojej pierwotnej natury, wykazuje zaskakująco dużo cech czysto ludzkich (rozmyśla, kombinuje, wścieka się, planuje, obraża się na amen).

 

 

Dzidosław to zdeklarowany domator. Uwielbia stać w oknie i godzinami wpatrywać się w krawędź świata, oddając się przy tym głębokim rozmyślaniom na temat swojego miejsca w schemacie rzeczy.

Niewzruszony niczym marmurowy posąg sprawia wrażenie bardzo tajemnicznego i niedostępnego, co oczywiście jest mylące i pozostaje jedynie kwestią zdobycia jego zaufania.

Jak to zrobić?

Mój kot wprost uwielbia, kiedy się z nim rozmawia. I choć rozumie każde moje słowo, używanie pompatycznego języka bogatego w porównania i kwieciste metafory na tym etapie nie jest jeszcze wskazane.

 

 

W żadnym wypadku nie życzę sobie, aby podczas mojej nieobecności mój kotek był indoktrynowany jakimikolwiek szemranymi teoriami (o pochodzeniu człowieka, kosmosu, wielokosmosu) czy choćby tak niewinnymi na pozór stwierdzeniami jak np. „wszyscy mężczyźni są Kłamliwymi Wieprzami „.

 

 

Dzidosław posiada wysoce rozwinięty zmysł estetyczny, nie sposób nie zauważyć jego zamiłowania do luksusu i pięknych miejsc.

Dzikie wrzosowiska, eukaliptusowy zagajnik czy choćby kępa palm daktylowych to jego wymarzony habitat, a np. przedzieranie się przez jeżyny uważa już za zbyt provincée.

 

Nigdy i pod żadnym pozorem, nie należy używać przy nim następujących słów i zwrotów:

„drewniany”, „sztuczny” oraz „opalany drewnem piec”.

 

 

Drogi Psotny Wietrze,

 

od niedawna bardzo podoba mi się pewien mężczyzna, jednak nie wiem czy mam u niego jakiekolwiek szanse. Poznałam go w pracy, jest analitykiem w dziale finansów, odwiedziłam też jego profil na facebooku, ale zamieszczone tam informacje są strzępkowe i nie pozwalają wysunąć żadnych daleko idących wniosków.

 

Wiem tylko, że lubi jeździć na rowerze, czyta książki, słucha takich zespołów jak Black Sabbath, Rage against the Machine, Anthrax, Gov’t Mule. Jego linki prowadzą do różnych śmiesznych stron np. „Jedno modżajto dla mojej świni”. Koleżanki z działu mówiły mi, że dużo czasu spędza też w firmowej siłowni, ale tego akurat domyśliłam się sama bez wchodzenia na jego profil.

Czasami widuję go na spotkaniach, na które przychodzi zawsze spóźniony i nie zawsze przygotowany (co w moim mniemaniu jest bardzo sexy).

 

Co tu dużo mówić: jest zabójczo przystojny. Surowa, męska uroda typu środkowoeuropejskiego: alabastrowa skóra, niebieskie oczy, olbrzymie pięści, włosy blond (jeszcze nigdy nie widziałam go uczesanego, co akurat wg mnie jest  również bardzo sexy i wcale nie przemawia na jego niekorzyść). Jakby tego wszystkiego było mało, wyobraź sobie psotny wietrze, że do pracy przyjeżdza na motorze!?!  Teraz z pewnością uwierzysz mi na słowo, że na pierwszy rzut oka bardziej przypomina poskramiacza krokodyli, niż analityka z działu finansowego.

 

Nie znamy się zbyt dobrze i rozmawialiśmy tylko o sprawach służbowych, pomijając jeden incydent, kiedy to wpadłam na niego w kuchni (odgrzewał w mikrofalówce zrazy z polędwicy w sosie koperkowym) i widząc czerwone plamy na mojej twarzy zapytał, czy przypadkiem nie spędzam zbyt dużo czasu na słońcu, a ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to reakcja alergiczna na rozjaśniacz do pasemek. Nie zainteresował się jednak tym tematem i szybko się oddalił.

 

Jeśli chodzi o mnie to nie za bardzo lubię siłownię i tego typu aktywności, ale myślę, że czasem mogłabym mu w tym potowarzyszyć, żeby lepiej poznać to, czym się interesuje. Oprócz tego, że nie lubię sportu i nie słucham metalu, jestem wrażliwą osobą i bardzo lubię kwiaty. Miłość, ciepło, akceptacja świata to moje mocne strony. Nie mam jednak zielonego pojęcia, jak zwrócić na siebie jego uwagę. Od razu zaznaczam, że eksponowanie ciała jest niezgodne z moimi feministycznymi poglądami.

Pomóż psotny wietrze, bo ilekroć go widzę nie mogę przestać się zastanawiać kim naprawdę jest ten mężczyzna i czy razem bylibyśmy szczęśliwi.

 

Agnieszka

 

 

 

Droga Agnieszko,

Na zadawanie sobie pytań typu: „kim jest ten mężczyzna?”, „czy razem mamy jakieś szanse?”, „jaką rolę odegra w moim życiu?” jest zdecydowanie za wcześnie. Wiele z nas, kobiet na skraju, tkwi w stałych związkach już od lat i nadal nie potrafimy odpowiedzieć sobie na te pytania.

 

Nie wybiegaj za bardzo w przyszłość, żyj świadomie tu i teraz. „Kto chce rozplątać namotane i powikłane, nie chwyta całego kłębka” jak pisze, często przeze mnie cytowany, Sun Zi  („Sztuka wojenna” 23, 19).

Chociaż trudno wyrokować o naturze mężczyzny na podstawie jego konta na facebooku, pewne refleksje nieuchronnie się nasuwają. Siłownia, dobra muzyka, książki i odpowiedzialne stanowisko-wszystko to bardzo dobrze o nim świadczy.

 

Ktoś, kto słucha Black Sabbath raczej nie będzie uważał, iż kobieta została stworzona z żebra mężczyzny, co samo w sobie stanowi już bardzo optymistyczny akcent.

 

I kto powiedział, że szarżujący motocyklista spóźniający się na spotkania nie może być odpowiedzialny i trzeźwo myślący? Co więcej, takie zachowania z miejsca wykluczają ostrą nerwicę lękową i dają pewność, że nie będzie płakał, kiedy będziesz go krytykować.

 

„Jedno modżajto dla mojej świni” z jednej strony jasno dowodzi, iż posiada on tzw. „inteligencję emocjonalną”, z drugiej wyczuwam tutaj delikatne balansownie na granicy dobrego smaku…Tak czy siak, istnieją spore szanse, że nie jest patologicznie skąpy.

 

Przystojny mężczyzna, z którym bywa wesoło to marzenie każdej kobiety, nie pozwól jednak, aby biceps, triceps i Achilles przysłoniły Ci jego prawdziwy charakter, którego poznanie zawsze wymaga czasu i przeróżnych okoliczności.

 

Niestety, nie mogę udzielić Ci jednoznacznej podpowiedzi jak możesz zwrócić na siebie jego uwagę, gdyż nie ma na to gotowej recepty. Ważne, żebyś pozostała sobą i nie próbowała udawać kogoś, kim nie jesteś. Życzę Ci powodzenia!

Psotny Wiatr

 

Uważni czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale i mogą poświadczyć, iż co jak co, ale pamięć mam niemalże tak dobrą jak afrykański słoń…Zabawne, że często przekonuję się o tym podróżując metrem.

 

 

Nie dalej jak wczoraj późnym wieczorem jadę rzeczonym metrem do domu…czytam książkę…nie wykonuję żadnych gwałtownych ruchów…pociąg zatrzymuje się…ludzie wysiadają…ludzie wsiadają…nie dziwi nic..na przeciwko mnie siada mężczyzna – wysoki, włosy lekko przyprószone siwizną, na oko około 60 lat, ubrany schludnie. Z jego twarzy biły na zmianę: łagodność i szlachetność.

 

 

Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziałam na pewno, że ja tego pana skądś znam…Pierwsza myśl: widziałam go w telewizji! Minister? Senator? Tak czy siak KTOŚ WAŻNY. Szybko jednak odrzuciłam tę hipotezę.

Po pierwsze: powoli zaczęło do mnie docierać, że z tym panem miałam przyjemność również rozmawiać (nie pamiętałam o czym i gdzie, rozmowa musiała być więc zdawkowa i niezobowiązująca). Po drugie: z tego co zauważyłam, podróżowanie metrem jednak najlepiej przyjęło się wśród pospólstwa i plebsu…Minister? Senator? Pan z telewizji?W metrze? Nie sądzę…

 

 

Było po 20tej, moje neurotransmitery były więc już z lekka rozstrojone, wiedziałam jednak, że uzmysłowienie sobie kim jest ten mężczyzna i w jakim kontekście przecięły się nasze ścieżki, pozostaje jedynie kwestią czasu…

 

Gapiąc się na niego jak sroka w gnat i próbując do czegoś dopasować tę twarz zaczęłam żmudnie przerzucać w swojej głowie rozmaite obrazy: nazwiska, twarze, sytuacje, zdarzenia, mój pierwszy rower, wszystko skrzętnie zmagazynowane w mojej pamięci.

Urzędnik ze Skarbowego? Nie! Odźwierny? Nie! Pan z biblioteki? Nie! Nie! Nie!

Tymczasem główny zainteresowany wcale nie ułatwiał zadania. Spokojnie czytał sobie gazetę, kompletnie nieświadomy całego zajścia.

 

 

Niestety moje usilne wpatrywanie się w jego fizis i prochowiec do niczego nie prowadziło…Może gdyby udało mi się dostrzec jakiś charakterystyczny znak? Na pewno byłoby mi łatwiej gdyby np. trzymał pod pachą zwoje krepiny albo opierał się o bambusowy pręt…A tak…naprawdę nie pomagał.

 

 

Już miałam się poddać, odpuścić, jeśli nie dziś, nie teraz, to może jutro, pojutrze, kiedyś przecież na pewno sobie przypomnę…

 

Wtem pociąg zatrzymał się, szanowny pan wstał, ja spojrzałam na niego z dołu i już wiedziałam…to mój poprzedni ginekolog!

 

Niniejszym oficjalnie ustanawiam dzień 20 maja

Dniem Kobiety Na Skraju Załamania Nerwowego

 

– w swoim życiu nie raz przeszłaś szeroko pojęte piekło

– od niepamiętnych czasów nieskutecznie się odchudzasz, żywiąc się m.in. warzywami liściastymi i sokiem z pszenicy (dieta South Beach)

-jesteś w związku z mężczyzną, który przewyższa cię urodą

– chciałaś ufarbować włosy na „piasek pustyni” wyszła „zgaszona musztarda”

-conajmniej raz w życiu zdarzyło Ci się utracić kontakt z rzeczywistością na dłużej niż 2 tygodnie

-jakiś nieodparty imperatyw kieruje cię w stronę li i tylko nieodpowiednich obiektów miłosnych

-cieszysz się pięknie wybujałą palmą

– dostrzegasz znaczny rozziew między tym, czego oczekiwałaś od życia a tym, co zgotował ci Zły Los

– czujesz, że nie przystajesz do tego świata, a kiedy potrzebujesz zrozumienia i oparcia słyszysz: „masz trudne dni” albo „kobieta podlega odwiecznemu cyklowi Księżyca”

-próby stworzenia związku z Bogu ducha winnymi, uczciwymi mężczyznami  okazują się totalnym nieporozumieniem, zakończonym rozczarowaniem (ty) oraz depresją i lękiem (oni)

-często odnosisz wrażenie, że nękają cię demony, a kiedy chcesz się  zwierzyć i komuś o tym powiesz, ten ktoś mówi Ci, żebyś nie była śmieszna

 

 

Wszystkim kobietom, którym po przeczytaniu tych słów nasunie się refleksja „to przecież wypisz wymaluj ja!”, a w szczególności wszystkim swoim czytelniczkom i czytelnikomskładam dziś gorące życzenia uśmiechu, pogody ducha, wszystkiego co dobre i piękne…

 

Chociaż naszą konkurencją jest wypadający dzisiaj Dzień Niepodległości w Timorze Wschodnim, nie zrażajmy się tym, a wręcz przeciwnie, potraktujmy to jako dodatkową inspirację do celebrowania naszego Święta i zróbmy wszystko, by dzień ten był absolutnie wyjątkowym. Niechaj będzie wesoło, niechaj będzie jarmarcznie.

 

 

p.s.

Tak się szczęśliwie składa, że psotny_wiatr obchodzi dziś swoje 28 urodziny.

Jeśli ktoś chciałby mi sprawić prezent w tym dniu tak szczególnym, cokolwiek z poniższej listy z pewnością będzie bezpiecznym wyborem 🙂

 

 

 

 

 

 

W czasie „rozmowy” z dwoma zagorzałymi katolikami po raz pierwszy w życiu przeżyłam wczoraj doświadczenie opuszczenia ciała, unosiłam się w górze nad stolikiem czując radość, ciepło, poczucie bezpieczeństwa.

 

LONGORIOFOBIA

zaburzenie nerwicowe występujące u wysokich, szczupłych, niebieskookich blondynek, przejawiające się suchością w ustach, drętwieniem kończyn, zaburzeniem postrzegania oraz szczękościskiem, a którego objawem osiowym jest uporczywy lęk, iż mężczyzna, który im się podoba, nigdy nie odzwajemni ich sympatii, gdyż jest totalnie zafiksowany na punkcie niskich, drobnych i ciemnookich brunetek.

 

Czy warto wprost proponować mężczyznom seks oraz dlaczego poradniki dla kobiet kłamią

Poradniki dla kobiet typu „Jak zdobyć mężczyznę i utrzymać go przy sobie” zdają się psu na budę, gdyż są pisane przez kobiety, a kobieta będąc kobietą nie jest mężczyzną, więc tego, co lubią mężczyźni i co myślą mężczyźni może się jedynie domyślać…

 

W celu znalezienia odpowiedzi na pytanie: „czy warto wprost proponować mężczyznom seks” i zbadania ich stopnia tolerancji na tego typu zachowania ze strony kobiet, udałam się więc do „źródeł” i poprosiłam losowo wybranych przez siebie panów na wzięcie udziału w ankiecie.

Ich odpowiedzi mogę podzielić na trzy grupy:

Pierwsza nie widzi absolutnie żadnych przeciwwskazań, najczęściej zaznaczaną przez nich odpowiedzą było „bardzo chętnie” o ile

a) partnerka jest w miarę atrakcyjna

b) nie są akurat w związku z inną kobietą

 

Druga grupa ankietowanych niby nie potępiała takiego zachowania wprost, skarżyła się jednak, iż tego typu propozycja „sieje w nich trudny do wyjaśnienia niepokój”.

Po dłuższej refleksji doszukuję się źródeł tego niepokoju w tym, iż jednak spora część mężczyzn lubi, kiedy kobieta budzi ich instynkt myśliwski i motywuje do wykonania godowego tańca, o czym w tym przypadku oczywiście nie może być mowy.

Trzecia grupa moich respondentów utrzymuje, że „osiągnięcie pełni szczęśliwości w życiu doczesnym nie jest możliwe” oraz „nie jestem koczkodanem, żebym uprawiał seks ilekroć najdzie mnie na to ochota”.

Warto zaznaczyć, iż argumenty typu: „bo jestem kobietą i mam na to ochotę”, „bo jestem kobietą i tak mi się podoba” zdają się do nich w ogóle nie przemawiać.

Co ciekawe w ankiecie odnotowali również, iż:

a) w ogóle nie praktykują tej miękkiej formy wyrażania uczuć, jaką niewątpliwie jest miłość francuska

b) przynajmniej raz w życiu zdarzyło im się pisać wiersze

 

Jeśli więc zależy ci na stworzeniu związku z panem z ostatniej grupy bądź ostrożna w swoich propozycjach, bo nawet jeśli do niczego nie dojdzie niesmak z pewnością pozostanie…Wszystko wskazuje na to, że jeśli już raz przylgnie do ciebie łatka „koczkodana”, bardzo trudno będzie ci się jej pozbyć.

 

p.s. psotny wiatr pragnie gorąco podziękować wszystkim panom, którzy zgodzili się wziąć udział w ankiecie